Wyspa Jeju, Korea Południowa, rok 1995
- Ja In! Zbudź się! Ja In! - Kobieta poczuła, jak ktoś potrząsa ją mocno za ramiona. Za mocno. - Ja In!
Czyjaś ręka powędrowała pod plecy Ja In i pomogła jej usiąść na łóżku, ale została zbyt gwałtownie pociągnięta do góry. Skrzywiła się, a wtedy zimna dłoń musnęła jej zaróżowiony policzek. Nie była do końca świadoma tego, co się wokół niej działo. Czy to już się zaczęło? Od tych myśli pociemniało jej przed oczami. Rozmasowała pulsujące skronie; ból głowy stawał się coraz silniejszy, praktycznie nie do zniesienia. Spojrzała jeszcze zaspana na swojego męża, który miał ją powiadomić, kiedy nadejdzie właściwy czas.
Ale to nie był jej mąż.
- Min Ho? - Pytanie w jej oczach rozbawiło mężczyznę, uśmiechnął się słabo, ale za chwilę jego twarz stężała z zatroskania.
- Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?
Kiwnęła głową, żeby go nie martwić, a tak naprawdę myślała, że zaraz zemdleje. Było jej niedobrze i ledwo mogła usiedzieć w pozycji pionowej. Nie dała po sobie znać, jak bardzo cierpiała, byle tylko nie dokładać mu problemów, których i tak sama mu przysporzyła.
Min Ho siedział na skraju łóżka i przez jakiś czas bacznie ją obserwował. Jego obecność dawała ukojenie, gdy tylko go zobaczyła, ogarnął ją błogi spokój i już nie musiała przejmować się tym, co będzie.
- Nie wydaje mi się - powiedział cicho, przysuwając się bliżej niej. - Pokaż.
Jedną ręką przytrzymywał ją w talii, a drugą sięgnął do zapięcia z przodu jej nocnej koszuli. Długo mocował się z guzikami - niełatwo rozpiąć koszulę tylko jedną ręką, w dodatku lewą - ale jakoś sobie poradził.
Bezgłośnie jęknęła, jednocześnie mrużąc oczy, ponieważ Min Ho odsłonił jej ramię, ukazując dwa powiększające się nakłucia, w które wdało się już spore zakażenie. Wokół nich skóra zrobiła się niemal czarna, jakby ktoś przypalił to miejsce rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem. Żyły biegnące jak sieć granatowo-foletowych pnączy pokrywały całe jej ciało, pompując zatrutą krew do słabnącego serca.
- Wygląda... - uciął w połowie zdania, próbując dobrać odpowiednie słowo na ten wstrząsający widok. - Paskudnie.
Nie było sensu temu zaprzeczać, a Ja In poprosiła, żeby niczego przed nią nie ukrywał.
- Jest... dobrze. - Oddech miała urywany, ciężki, jej klatka piersiowa unosiła się w nierównomiernym rytmie. - Jest dobrze.
Ja In oparła się lekko o wezgłowie łóżka, jednak głowa dziwnie jej ciążyła i opadła na ramię Min Ho. Cieszyła się, że w takiej chwili towarzyszył jej właśnie on. Chciała podnieść rękę i dotknąć jego twarzy, ale nie dała rady. I tak była już zbyt wyczerpana i schorowana, w dodatku trucizna coraz szybciej rozchodziła się po jej oragnizmie, wyniszczając ją od środka. Ja In bała się, że długo tak nie pociągnie, a co najgorsze - wykończy się, a Min Ho będzie musiał patrzeć, jak umiera i nic nie będzie mógł zrobić.
- Nie okłamuj mnie, proszę - szeptał z ustami w jej pozbawionych blasku włosach. Jej ciepły oddech przyjemnie łaskotał go w szyję. - Przecież widzę, jak się męczysz.
Złapał ją za podbródek, zmuszając tym, by na niego spojrzała. Mogła mu wmawiać, że czuła się coraz lepiej, ale to nie zmieni faktu, że gasła w jego oczach. Była jak jasna gwiazda, rozświetlała wszystko swoją radością z życia, a teraz tliła się nikłym światłem, pochłaniana przez mroczną otchłań, która odebrała jej całe szczęście. A jemu odbierała jedyną osobę, którą prawdziwie kochał. Dwie osoby, poprawił się w myślach i z czułością pogłaskał zaokrąglony brzuch Ja In. Wyczuł nieznaczny ruch dziecka; przekręciło się niecierpliwie, jakby chciało opuścić bezpieczne łono matki, ale na to było jeszcze za wcześnie.
Ja In przykryła jego dłoń swoją i trwali tak przez jakiś czas w zupełnej ciszy. Słowa były tu zbędne, potrzebowali jedynie swojej bliskości. A ona potrzebowała Min Ho. Wiedziała, że już nic jej nie pomoże. Pogodziła się z tym, że wkrótce umrze, jednak zanim miało to nastąpić, pragnęła najpierw urodzić zdrowe dziecko. Była w siódmym miesiącu ciąży, kiedy ukąsił ją wampir. Tak, wampiry nie gryzą tylko kąsają. Modliła się o to, by jej potomek nie został zarażony jadem tych bestii, ale szanse na to malały z każdą upływającą minutą. Oboje drżeli o los tego Bogu winnego dziecka.
- Mój skarbie - mruknął Min Ho, ocierając się policzkiem o jej policzek.
Ja In westchnęła. Łzy, które wstrzymywała w obawie, że mogłaby się wtedy całkowicie załamać, po raz pierwszy od dłuższego czasu popłynęły jej z oczu. Uwolniła słone krople, które utorowały sobie mokry ślad po jej policzkach i brodzie. Mocniej ścisnęła dłoń Min Ho. Tylko on tak ją nazywał, i chociaż już dawno nie słyszała, by tak się do niej zwracał, te słowa nadal poruszały jej serce do głębi. Dlaczego to musiało być takie skomplikowane? Dlaczego po prostu nie mogli być razem? Nigdy nie kochała Seung Ho, swojego obecnego męża, szanowała go, owszem, ale zgodziła się na ten układ tylko i wyłącznie ze względu na Min Ho.
- Nie zamierzam cię... - urwał. Zbliżył jej twarz do swojej, ułatwiając sobie dostęp do jej ust. - Was stracić - dodał, składając na nich subtelny pocałunek, tak delikatny jak muśnięcie skrzydeł motyla. - Wiesz ile dla mnie znaczysz, prawda? Ty i dziecko. Nie zniósłbym tego, gdybym stracił was oboje.
Ja In wtuliła się w niego tak mocno, jakby nie chciała go wypuścić. Cały czas płakała; łzy wszystko zamazały, skapywały jej po brodzie i szyi, czuła też jak zmoczyły ubranie Min Ho. Trzęsącymi się dłońmi złapała za jego czarną kurtkę. Nawet się nie rozebrał, od razu przyszedł do niej.
- Jest dobrze, jest dobrze - powtarzała uparcie; jej płacz przerodził się w histeryczny szloch. - Jest dobrze.
Min Ho przymknął oczy, bo nie mógł tego słuchać, a potem pocałował ją w czoło. Ujął jej twarz w dłonie, kciukiem otarł jej łzy z policzków. Serce mu się krajało, gdy patrzył na jej rozpacz.
Czy była szansa, że kiedyś będzie dobrze? Tego Min Ho nie był pewny, ale nie pozostawało mu nic innego, jak tylko mieć nadzieję, że jutro zobaczy ją żywą. Ja In była silna, przetrwa to i może za kilka lat będą się jeszcze z tego śmiać. Ale jego ta sytuacja wcale nie śmieszyła. To prawdziwa tragedia. Nie ma nic gorszego niż widok ukochanej osoby w objęciach śmierci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz