Ostatni przystanek
Seul, Korea Południowa, współcześnie
Głowa Eun Hye niespodziewanie wylądowała na szybie autobusu, powodując, że obudziła się ze snu. Przymknęła powieki tylko na chwilkę, ale była tak zmęczona, że musiała zasnąć podczas jazdy. Równomierny pomruk silnika zadziałał na nią uspokajająco, rozładowując cały stres dzisiejszego dnia. A był on najgorszy ze wszystkich. To jakby połączyć wszystkie nieszczęścia, które ją spotkały - zaczynąjąc od narodzin, w dniu bardzo radosnym zdawać by się mogło, ale niedługo po tym jak matka wdała ją na świat, sama straciła życie, tak jak jej ojciec.
Aż do tej pory Eun Hye nie miała pojęcia jak zginęli jej rodzice, i czy w ogóle zginęli, a nie na przykład porzucili ją, bo okazała się dziewczynką, a nie chłopcem. W Korei - bynajmniej jeszcze kilkanaście lat temu - priorytetem było posiadanie potomka, który przekałby nazwisko, by ród nie zaniknął. Jednak tak się złożyło, że w jej rodzinie na świat przyszły dwie dziewczynki - starsza Eun Seol i młodsza o dziesięć lat Eun Hye. Zaraz po narodzinach Eun Hye, obie straciły rodziców, więc Eun Hye nie mogła ich pamiętać. Ale Eun Seol tak, jednak nigdy nie chciała o nich rozmawiać. Dopiero niedawno Eun Hye dowiedziała się, co było przyczyną śmierci Ja In i Seung Ho, jej matki i ojca. Praktycznie postawiła Lee Shin Woona pod ścianą, nie dając mu żadnego wyboru. Ileż to razy powtarzał, jak to jej rodzice byli wspaniali, jak bardzo kochali ją i siostrę, ale nigdy nie wspominał jak umarli, wykręcając się tym, że nie była jeszcze gotowa na tą wiadomość. Ale w swoje osiemnaste urodziny zdecydowała, że tak dłużej być nie może i wyciągnęła wszystko od Pana Lee. Wysłuchała jego wersji, która pokrywała się z tym, co później powiedziała jej Eun Seol, o pożarze, o tym jak wszystko spłonęło razem z ich rodzicami w środku. To dlatego nie miała żadnych zdjęć, pamiątek rodzinnych, niczego, co dałoby jej poczucie przyzależności do rodu Han.
Jeszcze dziś rano była zwykłą nastolatką, chodziła do zwykłej szkoły, miała zwykłe przyjaciółki, całe jej życie było zwykłe. Ale to się zmieniło, kiedy podsłuchała Pana Lee i jakiegoś innego mężczyznę, którego widziała po raz pierwszy na oczy. To nie tak, że specjalnie chciała podsłuchać o czym rozmawiali, przypadkiem znalazła się w nieodpowiednim miejscu. Chociaż nie, to do końca nie była jej wina. Skoro tak wszystkim zależało, aby niczego się nie dowiedziała, to powinni bardziej uważać. Prędzej czy później prawda wyszłaby na jaw, ale jak długo zamierzali to jeszcze przed nią ukrywać? Jak długo zamierzali udawać, że śmierć jej rodziców to był wypadek. Tak, właśnie tak to określili. Wypadek. A wypadki przecież się zdarzają i nie ma w tym nic szczególnego. Nie mieściło jej się w głowie, że Pan Lee może mieć ludzkie życie za nic. Tu chodziło o jej rodziców, do diabła! Jak on mógł powiedzieć coś tak okrutnego? Jednak nie to okazało się ciosem, którego nie mogła znieść.
Była wtedy w domu państwa Lee, ponieważ Sam Yia zaprosiła ją i Jung Min, bo tak przecież zachowują się dobre przyjaciółki, nocują u siebie, plotkują na różne tematy, oczywiście niekoniecznie związane ze szkołą. Taki miał być właśnie ten wieczór, gdyby nie to, że obudziły ją czyjeś podniesione głosy. Z początku pomyślała, że ktoś zostawił włączony telewizor w salonie, więc postanowiła to sprawdzić. Jednak schodząc na dół, doszła do wniosku, że to nie telewizor, tylko dwóch mężczyzn o czymś zacięcie dyskutowało.
- Dlaczego nachodzisz mnie o tak późnej godzinie? - odezwał się jeden z nich. Po głosie poznała, że to Pan Lee.
- To nie może dłużej czekać. - Ale do kogo należał ten drugi? Nie mogła przecież wyjrzeć zza ściany i zobaczyć, bo od razu by ją zdemaskowali i jeszcze by jej się oberwało. Nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić, więc po prostu stała tam, jak jakiś intruz.
- Nie mam na to czasu...
- Panie Lee, musi Pan o czymś wiedzieć. W ostatnich dniach liczba osób zaginionych w niewyjaśnionych okolicznościach gwałtownie wzrosła. Wie Pan, co to oznacza.
- I co w związku z tym? Chyba nie myślisz, że...
- Wrócili? - dokończył za niego mężczyzna z kpiną w głosie. - Kiedyś musiał nadejść ten dzień, nie uważasz?
- Niemożliwe.
- I tak dość długo cieszyliśmy się spokojem.
Ale kto wrócił? I co? Jacy ludzie? Niewyjaśnione okoliczności? Eun Hye miała się już wycofać, ale ta rozmowa robiła się coraz bardziej interesująca. Nie mogła tego zostawić w takim momencie! To było lepsze niż telewizja, ale jednocześnie przechodziły ją ciarki, bo takich rzeczy nie słyszy się na codzień.
- Niemożliwe - powtórzył stanowczo Lee Shin Woon, jakby chciał raczej przekonać samego siebie niż tego drugiego. - Po tym jak prawie wszystkich zlikwidowaliśmy, została ich tylko garstka. Obiecali się wycofać i nie wchodzić nam więcej w drogę.
- Wierzysz w słowa tych bestii?
Eun Hye się wzdrygnęła. O jakie bestie im chodziło? I co miał na myśli Pan Lee mówiąc "zlikwidowaliśmy"?
- To na pewno zbieg okoliczności - zapewniał Lee Shin Woon. - Nie są na tyle głupi, żeby znowu prosić się o śmierć. Wiedzą, że jeśli tylko złamią dane słowo, rozejm między nami zostanie odwołany, i nieważne z czyjej to będzie winy. Uwierz mi, nie odważą się na tak bezmyślny krok.
- Nie byłbym tego taki pewny - burknął nieznajomy.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- To, że od jakiegoś czasu dzieją się dziwne rzeczy. Nie na tak wielką skalę jak kiedyś, ale myślę, że to tylko kwestia czasu.
- Czyżby?
- Na początku też w to nie wierzyłem, ale wiem od moich zaufanych ludzi, że te zniknięcia to nie przypadek. Znów się pojawili. Już nie kryją się w mroku, teraz mogą także chodzić za dnia. Nie wiem jak im się to udało, i czy w ogóle jest to możliwe, ale nie lekceważ ich. Zrozum, Lee, tym razem jestem tego pewny, podobno ktoś już ich widział. Ludzie zaczynają coś podejrzewać, mówią o demonach z oczami samego diabła, pożerających dusze... - zrobił krótką, pełną napięcia pauzę. - Pijących krew.
Cisza wypełniła przestrzeń jak czarny gęstniejący atrament. Eun Hye sądziła, że się przesłyszła, chciała, żeby tak było. Brakowało jej powietrza, płuca jakby się skurczyły, myślała, że zaraz osunie się na podłogę. Co do licha było tu grane? To z pewnością musiał być jakiś żart, ale znała Pana Lee na tyle dobrze, iż wiedziała, że nigdy nawet się nie uśmiechnął, nie wspominając już o zrobieniu durnego kawału. Więc to by oznaczało, że krwiopijcze bestie... istniały naprawdę? W jej świecie? Czy to ta wiadomość, na którą nie była jeszcze gotowa? I chyba Pan Lee miał rację. Nie była przygotowana na coś takiego.
- Podobno? Ale nie wiesz tego na sto procent. A może powiesz mi, że sam ich widziałeś? - zadrwił Lee. - Nie róbmy zamieszania, bo ktoś podobno coś widział. - Na chwilę przerwał, jakby się zamyślił, a potem spytał: - Ile było tych, jak to określiłeś, przypadków?
- Więcej niż myślisz. I to nie tylko w Korei. Japonia, Chiny i niektóre państwa Europy zaostrzyły środki ostrożności, wprowadziły godzinę policyjną. Patrole przeszukują domy, rewidują i badają mieszkańców, sprawdzają czy nie mają widocznych śladów ukąszenia. Oczywiście wszystko tłumaczą epidemią grypy i przymusowym szczepieniem, ale nie da się tak długo pociągnąć, nie uświadamiając społeczeństwa o zagrożeniu. W końcu świat ogarnie chaos, nad którym trudno będzie nam zapanować. Ponownie - zakończył gorzko.
- Chiny i Japonia o tym wiedzą? Dlaczego nie powiadomili mnie o tym najpierw? No tak - prychnął z pogardą. - Swego czasu byłeś najlepszym Informatorem. Roznosicielem - powiedział tak, jakby to słowo było najgorszą obelgą. - Postanowiłeś wrócić do tego zawodu? A jak miewa się mój najdroższy przyjaciel, Kenichi Matsuyama?
Mężczyzna nie odpowiedział na żadne z jego pytań.
- Nie zamierzasz nic z tym zrobić?
- Nie ma takiej potrzeby - odparł sucho Lee. - Nie zawracaj mi głowy bzdetami. Nie ma powodu, by wszczynać alarm. Ludzie znikają, potem wracają lub też nie. Myślisz, że będziemy się zajmować każdym zaginionym, bo tak mówisz? Jeśli tak bardzo ci na nich zależy, to sam ich szukaj. Ja nie zamierzam się w to angażować. Mam ważniejsze sprawy na głowie.
- Czyli co? Chcesz to zignorować, tak jak zrobiłeś to osiemnaście lat temu? Pamiętasz jak to się skończyło. Nie popełniajmy tego błędu ponownie. Lepiej dmuchać na zimne niż potem obwiniać się całe życie, że można było temu zapobiec.
Chwileczkę... Czy on zwrócił się do Pana Lee nieformalnie? Może to jego przyjaciel albo ktoś inny? Ale nikt, nawet rodzina nie przychodzi do czyjegoś domu o czwartej nad ranem.
- Teraz będziesz mi prawił kazania? - zadał pytanie Lee, które zabrzmiało raczej jak stwierdzenie. - Wszystko jest pod kontrolą, więc daruj sobie, odejdź i więcej nie przynoś mi nieistotnych informacji.
- Czy śmierć Han Seung Ho i jego żony była dla ciebie nieistotna?
To musiało jej się przesłyszeć, albo ten człowiek właśnie wymówił imię jej ojca...
- Nie tylko oni wtedy zginęli, wielu z nas opuściło ten świat. Twój brat i jego żona nie byli wyjątkiem... To się po prostu stało, nie mogliśmy nic na to poradzić, kiedy nas zaatakowali.
Eun Hye próbowała się otrząsnąć z szoku, ale tego, co czuła w tamtej chwili, nie dało się opisać słowami. Z przerażenia zakryła usta dłońmi, żeby nie zacząć krzyczeć.
- A kto ich sprowokował? Trzeba było to zostawić...
- Zostawić? - wysyczał Lee. Eun Hye jeszcze nigdy nie słyszała, by jego głos był przesycony takim jadem i wściekłością. - Ty byś zostawił?
Nagle zapadło niezręczne milczenie.
- Powiedz, co byś zrobił na moim miejscu, Min Ho.
Ale jedynym dźwiękiem, jaki słyszała Eun Hye, było tykanie starego zegara na ścianie i dudnienie własnego serca.
- Widzisz, nawet nie możesz odpowiedzieć.
- Gdybym mógł cofnąć czas - zaczął Min Ho. - Gdybym mógł go cofnąć, nie dopuściłbym do tego.
- Nie ma co wracać do przeszłości. Musisz myśleć o tym, co jest teraz.
- I ty mi to mówisz... Człowiek, który wciąż uparcie trwa w przeszłości! Nie mów mi co mam robić, to i ja zostawię cię w spokoju.
- Czego chcesz? Po co tu przyszedłeś?
Min Ho zaśmiał się cynicznie.
- Wynoś się natychmiast! - zagrzmiał Lee. - Wynoś się i nie wracaj więcej! Nie jesteś tu mile widziany! Głuchy jesteś? Wynocha!
Do uszu Eun Hye doszły odgłosy jakby szarpaniny. Czy oni zamierzali się teraz bić?
- Nie zostawię tak tego! Drugi raz na to nie pozwolę! Słyszysz? Nie pozwolę, by tym razem ją dopadli! Prędzej sam zginę!
- Więc giń! Nikt cię nie zatrzymuje.
- To była masakra! Zaplanowane morderstwo! - wykrzykiwał desperacko Min Ho. - Jeśli pogłoski o ich powrocie są prawdziwe, to mamy poważne kłopoty. Lada chwila dotrą też do Seulu... - Zawiesił głos. - I do twojego domu. Myślałem, że zostawienie jej po twoją opieką będzie dobrym pomysłem, ale już nie potrafisz zapewnić jej bezpieczeństwa. Teraz ja się nią zajmę.
- Nie! - odparł z naciskiem Lee. - Nie myśl o tym, nigdy się na to nie zgodzę.
- Znam bezpieczne miejsce, zaopiekuję się nią - ciągnął dalej Min Ho, nie zważając na prostety swojego towarzysza. - Im nie zależy na mnie, nie będą mnie szukać.
- Ciebie w pierwszej kolejności będą ścigać.
- Przez ten czas wiele się zmieniło, Lee. Jeszcze nie odpokutowałem swoich wszystkich grzechów, ale chcę to naprawić - błagał. - Uwierz mi. Tym razem chcę wziąć to brzemię na siebie. Już się nie boję konsekwencji, dojrzałem do tej decyzji, choć przyznam, że za długo to trwało.
- Przykro mi - upierał się Lee Shin Woon. - Oddałeś mi ją, mówiąc, że nie jesteś w stanie jej wychować. Oddałeś ją i nie pozwolę byś po tylu latach tak po prostu mi ją odebrał - powiedział oschle, ale zabrzmiało to dziwnie złowieszczo. Jak niema groźba. - Nie zabierzesz jej.
- Chcesz, by to się powtórzyło? By dokończyli to, co nie udało im się osiemnaście lat temu?! - Ostatnie zdanie Min Ho wykrzyczał z całą mocą.
- O czym on mówi? - Eun Hye nie mogła już stać bezczynnie, wyszła ze swojej kryjówki, by stawić temu czoła.
- Ile usłyszałaś? Jak długo tam stałaś? Dlaczego nie śpisz? - Pan Lee bombardował ją pytaniami, by odciągnąć jej uwagę. - Wracaj do łóżka. - Ruszył w jej kierunku, ale Eun Hye cofnęła się instynktownie.
- Nie. O co tutaj chodzi? Kim on jest? - Wskazała palcem Min Ho, bo tak miał na imię ten mężczyzna. - To mój wujek? Dlaczego nie wiedziałam o jego istnieniu?
- Nie powiedziałeś jej? - Min Ho nie krył zdziwienia.
- Cóż... Pamięć ostatnio mi szwankuje, chyba ten szczegół wyleciał mi z głowy - powiedział całkiem spokojnie Pan Lee.
- Pamięć ci szwnkuje... ty stary głupcze! - Min Ho rzucił się na niego, ale nie zdążył go nawet dotknąć, bo w pokoju pojawiła się Sam Yia w piżamie oraz Jung Min, która wyglądała zabawnie z włosami sterczącymi na wszystkie strony świata. Końcówki pomalowane na jaskrawą zieleń przypominały macki meduzy.
- Abeoji, co się tutaj dzieje? - Sam Yia, tak jak Jung Min, spoglądała to na swoją przyjaciółkę, to na ojca, to na Min Ho, nie bardzo rozumiejąc powagę sytuacji.
- Nie wtrącaj się - zwrócił się do niej. - Wracajcie do pokoju, co wy tu jeszcze robicie?!
Jego krzyk obudziłby nawet zmarłego z grobu, więc nic dziwnego, że Sam Yia podskoczyła ze strachu. Chyba pierwszy raz widziała ojca tak wytrąconego z równowagi. Eun Hye też była zaskoczona ostrym tonem Pana Lee, co jednak nie zniechęciło jej ani trochę.
- Najpierw niech mi Pan wyjaśni, o co tutaj chodzi.
- Nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia - odparł dobitnie.
- Abeoji..
- O! - wykrztusiła w pewnej chwili Jung Min, przyglądając się badawczo Min Ho. Jej czujne oczy wędrowały po twarzy mężczyzny, jakby chciała z niej wyczytać zamiary nieznajomego. Przystanęła dokładnie naprzeciwko Min Ho i przekrzywiła głowę, wciąż się w niego wpatrując. Każdy był ciekaw tego, co powie. - On wygląda zupełnie jak Han Seung Ho - przemówiła w końcu. - Wow.
Gdy to powiedziała, Eun Hye wstrzymała powietrze. Atmosfera w pokoju jakby się zagęściła, każdy bez wyjątku był w szoku, nikt się tego nie spodziewał, nawet Pan Lee.
- Chyba nie powinnam była tego mówić. - Uśmiechnęła się przepraszająco.
Później wszystko działo się w przyśpieszonym tempie. Eun Hye nie chciała słuchać wyjaśnień przyjaciółek, nie mogła sobie z tym poradzić. Rany były zbyt świeże, by je rozdrapywać na nowo. Sam Yia i Jung Min starały się ją zatrzymać za wszelką cenę, ale nic nie mogły zrobić. Eun Hye zabrała swoje rzeczy i po prostu wybiegła na ulicę w środku nocy. Nie wiedziała dokąd pójść, więc udała się w pierwsze miejsce, które przyszło jej na myśl. Dworzec. I tak właśnie znalazła się w tym autobusie, kierując się w nieznane.
Wszystko okazało się kłamstwem. Jednym wielkim paskudnym kłamstwem, którym karmili ją przez te wszystkie lata. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała od ojca swojej najlepszej przyjaciółki. Tak się złożyło, że był on dyrektorem szkoły, do której uczęszczały Eun Hye, Sam Yia, a także Jung Min - dziewczyna, która niedawno przeprowadziła się tutaj z Busan. Mimo że znały się tak krótko, od razu znalazły wspólny język i zaprzyjaśniły się, chociaż niekiedy trudno było się dogadać z Jung Min przez jej dziwaczny busański akcent.
Eun Hye myślała, że jako przyjaciółki nie powinny mieć przed sobą żadnych tajemnic, ale nie! Nie mogła się bardziej pomylić! Obie ukrywały przed nią prawdziwy powód śmierci jej rodziców. Nawet Jung Min, nawet ona wiedziała, chociaż nigdy tutaj nie mieszkała. Czasami odwiedzała tylko swojego kuzyna, Wu Soo Chena, w ferie świąteczne czy wakacje. Jak to możliwe, że jej tak zwane "przyjaciółki" nigdy nic nie powiedziały, choć nie raz widziały, jak jej na tym zależało, jak wylewała łzy z tęsknoty i bezradności? Dlatego tak bardzo zabolała ją zdrada Sam Yii, bo była dla niej kimś więcej niż tylko przyjaciółką. Była jak druga siostra.
A właściwie, jak do tego doszło, że jedynej osobie, która powinna znać prawdę, nikt nie pofatygował się wspomnieć o tak ważnym szczególe, że jej rodzice zostali zamordowani z zimną krwią? Krew... na samą myśl dostała ciarek. Postanowiła wyrzucić z pamięci wspomnienie krwiopijczych bestii, bo to po prostu przechodziło jej najśmielsze wyobrażenia. Z tamtej rozmowy wywnioskowała, że to właśnie te potwory zabiły jej rodziców, a nie, jak to jej wmawiali, że spłonęli w pożarze. Dyrektor myślał, że tą historyjką ją uciszy, że nie będzie się już więcej dopytywać? Niedoczekanie jego! Co więcej, dowiedziała się, że zyskała wujka, który mógłby jej opowiedzieć, jacy naprawdę byli jej rodzice. Ale jak miała się z nim teraz skontaktować? Zaprzepaściła jedyną okazję, uciekając jak tchórz. Nie przewidziała tego, ale w tamtej chwili nie myślała logicznie. Jednak nic nie tłumaczy, dlaczego przez całe życie ją okłamywali i zataili takie rewelacje z krwiopijacami. Przecież gdyby od razu wyłożyli kawę na ławę: "Twoi rodzice nie żyją, zabiły je stwory nie z tej ziemi", jakoś by to zrozumiała, w końcu by się z tym pogodziła, chociaż to prawda, że musiałoby minąć sporo czasu zanim oswoiłaby się z tym faktem. Nie była osobą, która ucieka przed problemami - pomijając dzisiaj - ale usłyszeć te wszystkie okropności na raz, to za dużo jak dla takiej młodej dziewczyny.
Tak czy owak, należały jej się przynajmniej jakieś marne słowa wyjaśnienia, bo na współczucie ze strony Dyrektora nie miała co liczyć, zresztą nie spodziewała się, by miał zamiar kiedykolwiek okazać trochę zrozumienia. Jego twarz była równie surowa co jego kamienne serce, które dawno temu zamarzło, pokryło się lodem niczym pancerz ochronny. Eun Hye uważała go za człowieka bez duszy, bo nawet swoją córkę traktował jak powietrze, jakby w ogóle nie istniała. Gdy tak patrzyła na Sam Yię i jej ojca, naprawdę robiło jej się żal dziewczyny, i jednocześnie była wdzięczna, że nie miała takiego rodzica, chociaż nie powinna się z tego cieszyć. Oddałaby wszystko, żeby tylko mieć przy sobie choć jedno z nich. Zawsze marzyła o tym, by móc powiedzieć: eomma, appa.
Póki Eun Seol nie stała się w pełni samodzielna, obie pozostały pod prawną opieką państwa Lee, w szczególności Shin Woona, jako starego przyjaciela jej rodziców, ale patrząc na to, jak wyrażał się o nich dzisiaj, nie była już taka pewna, czy kiedykolwiek byli bliskimi przyjaciółmi. Matka Sam Yii od zawsze chorowała, odkąd Eun Hye pamięta, nigdy nie wychodziła ze swojego pokoju, a Dyrektor zabronił komukolwiek ją odwiedzać, oprócz jego córki. Sam Yia często chodziła smutna z tego powodu, później wyznała, że jej mama zapadła w śpiączkę i lekarze nie dali jej nadziei na wybudzenie. Eun Hye współczuła przyjaciółce, ale ona przyjamniej miała dwoje rodziców. A przede wszystkim miała ją. W domu państwa Lee dzieliły wspólny pokój, jako że były rówieśniczkami i praktycznie od kołyski stały się nierozłączne. Eun Hye żałowała, że nigdy nie miała takiego kontaktu z rodzoną siostrą, bo gdy Eun Seol ukończyła dwadzieścia lat, przeprowadziła się do własnego mieszkania - oczywiście wszystko za pieniądze Dyrektora. I chociaż Eun Hye kochała swoją siostrę nad życie, ta nie odwzajemniała tego uczucia, zawsze była zdystansowana i obojętna. Eun Hye z początku tego nie rozumiała, ale gdy podrosła, zdała sobie sprawę, że siostra winiła ją za śmierć rodziców. Co prawda, nie powiedziała tego na głos, ale na pewno tak myślała. A teraz wyszła już za mąż i kupiła nowy dom, nawet spodziewa się dziecka - oby to był chłopiec - podczas gdy Eun Hye wciąż się uczyła i mieszkała w akademiku, razem z Sam Yią rzecz jasna. Mimo to bardzo chciała spędzać więcej czasu z Eun Seol, ale ostanio siostra była zajęta i nie mogła jej złapać.
Dlaczego los tak bardzo ją karał? Eun Hye uważała za karę to, że w ogóle się urodziła. Przez nią umarli jej rodzice, siotra ją nienawidziła, ojciec Sam Yii się nią nie interesował, a jej mama praktycznie była jedną nogą na tamtym świecie. Do dziś myślała, że nie miała żadnych innych krewnych. Gdzie tu sprawiedliwość?
Krajobraz za oknem coraz bardziej się zmieniał, zastępując wysokie budynki domkami jednorodzinnymi, łąkami i polami uprawnymi. Wcześniej nie zwróciła uwagi na to, dokąd jedzie, zresztą teraz było jej wszystko jedno, chciała znaleźć się jak najdalej od fałszywych ludzi, którymi się otaczała. Teraz, jak tak się nad tym zastanawiała, uświadomiła sobie, że jej siostra też nie była z nią do końca szczera. Ona w szczególności miała obowiązek wyznać jej całą prawdę, nie zakrywając się głupimi wymówkami typu: "Byłaś wtedy bardzo malutka, nie zrozumiałabyś" albo "To dla twojego dobra". Jakież to ckliwe i tandetne. Każda prawda, nawet ta bolesna, jest lepsza od kłamstw polanych miodem obłudy.
W pewnym momencie autobus się zatrzymał, wysiadła z niego starsza kobieta z chustą na głowie i Eun Hye zorientowała się, że oprócz niej i kierowcy nikogo nie było w środku. Nie przejęłaby się tym, gdyby nie to, że ten mężczyzna co chwila zerkał na nią w lusterku. Żeby nie pokazać jakichkolwiek oznak zdenerwowania, skuliła się na fotelu, by ograniczyć mu widok. Ale i to nie pomogło. Po godzinie, kiedy wyzwiózł ją w przysłowiowe szczere pole, nie było jej do śmiechu. Zaczęła sobie wyobrażać najróżniejsze historie - kierowca morderca, kierowca pedofil, kierowca zombie, kierowca krwiopijca... Potrząsnęła głową, żeby odgonić te okropne obrazy, jakie pojawiały jej się przed oczami. W razie czego, jeśli ten facet odważyłby się wykonać jakiś nieprzewidziany i niebezpieczny ruch, pokazałaby mu swoje wushu. Tak, gościu niech lepiej uważa. Jeszcze się taka osoba nie urodziła, na której wushu Eun Hye nie zrobiłoby wrażenia. Zawsze, gdy ktoś ją zaczepiał, odpowiadała: "Znam wushu" i wtedy wszyscy przeciwnicy uciekali w popłochu. Na szczęście - albo i nieszczęście - nie było jej dane podszkolić swoich umiejętności w walce, bo pojazd zwolnił.
- Ostatni przystanek, agassi - oznajmił kierowca.
Podniosła wzrok, żeby ocenić sytuację - jeśli by się postarała, tak z całych sił, to może udałoby jej się jednym susem wybiec z autobusu i poszukać pomocy u kogoś... normalnego. Ale kogo chciała oszukać. Jak okiem siegnąć rozciągały się pola ryżowe, w oddali majaczyły wierzchołki gór. Nie było tu nic oprócz łąk czy lasów, nie mówiąc już o jakimkolwiek osadnictwie. Czy tutaj w ogóle żyli jacyś ludzie? Ktoś tu mieszkał? Naprawdę w to wątpiła.
- Przepraszam, ajussi, ale gdzie jesteśmy?
Mężczyzna nie odpowiadał, więc zaczęła się martwić. Podeszła do niego bliżej, żeby lepiej zorientować się, jak bardzo było źle.
- Nie może Pan po prostu zawrócić?
- Zawrócić? - Wyśmiał ją, jakby powiedziała coś niedorzecznego. - Skoro nie chciałaś tu przyjechać, trzeba było wysiąść wcześniej. To końcowy przystanek. Ja też muszę wrócić do rodziny. Myślisz, że mam ochotę użerać się z jakimś dzieciakiem?
Eun Hye wybałuszyła oczy. Tylko grzecznie go zapytała, nie musiał od razu być taki opryskliwy. Gdy mu się dokładnie przyjrzała, nie wyglądał tak strasznie, jak na początku jej się wydawało, a na pewno nie jak morderca ani pedofil. Tym bardziej nie był zombie czy też krwiopijcą... Gdyby to był film, z zombie poradziłaby sobie bez problemu, są powolni i nie mają mózgu, więc łatwo ich wykiwać. Co do tego ostatniego miała wątpliwości. Nigdy nie słyszała o podobnych istotach, więc nie wiedziała, jak ich rozpoznać. Czy mieli ostre kły, skoro żywili się krwią? Jak to się odbywało? Zwyczajnie znajdowali ofiary i wbijali im zęby w szyję? Min Ho wspomniał też coś o oczach... To dziwnym trafem pasowało jej do opisu wampirów - rozpowszechnianych na masową skalę w książkach, anime i filmach fantastycznych. Ale to chyba nie mogło być to. Nie, musiałaby kompletnie zwariować, żeby uwierzyć w coś tak absurdalnego.
Głos kierowcy sprowadził ją na ziemię.
- Słyszysz mnie?
- Przepraszam, zamyśliłam się - przyznała Eun Hye. - Ajussi, co mówiłeś?
Koniec z wampirami i innymi stworami. Musiało jej się coś pomieszać albo powinna przestać oglądać te bezużytaczne i wypaczające umysł pierdoły zwane filmami. Lepiej, żeby zabrała się za naukę. Z bólem serca przypomniała sobie, że dzisiaj miała trening ze swoim Mistrzem, Lee Joonem. Nawet pozwolił jej mówić do siebie po imieniu, choć był kilka lat starszy.
Joon. Na sam dźwięk tego imienia reagowała jak napalona nastolatka. Dla niego była jeszcze dzieckiem i wciąż tak ją traktował, chociaż przez ten rok, od kiedy zjawił się w jej szkole, Eun Hye zmieniła się zewnętrznie. Sam Yia często jej mówiła, że wygląda poważnie jak na swój wiek i czasami mogłaby wyluzować i się zabawić, bo niewiele brakuje jej do tytułu największej sztywniaczki i nudziary. A Joon to przystojny, bardzo przystojny, już właściwie dorosły mężczyzna, i gdy tylko go widziała, oblewała się rumieńcem. Nie tylko ona, inne dziewczyny w szkole też wzdychały do niego, kiedy przechadzał się po korytarzu w rozciągniętych swetrach, z nieładem na głowie, jakby dopiero co wstał z łóżka i z uśmiechem, którym zarażał każdego w polu widzenia. To wszystko sprawiało, że był taki seksowny, a zarazem uroczy. Eun Hye lubiła jego treningi, bywał wymagający i potrafić dać niezły wycisk, ale ona miała u niego specjalne względy. Jednakże nie lubiła się z tym obnosić, wolała kiedy traktował ją jak każdego innego ucznia, bo takim zachowaniem dawał jej tylko złudne nadzieje. Sam Yia i Jung Min naśmiewały się z niej, że wkrótce wyprawią im wesele, przyrównywały nawet ich zdjęcia, jak będą razem wyglądać w strojach ślubnych, a Eun Hye miała ochotę zapaść się wtedy pod ziemię. Myślała, że nikt nie odkryje jej słabości do nauczyciela, widocznie nie dość dobrze się maskowała.
- Aigoo, i po co ja się tak wysilam - skarżył się kierowca. - Ta dziewucha i tak nie słucha. - Wykrzywił usta w brzydkim grymasie.
- Słucham! Proszę powtórzyć, teraz już słucham - zapewniała. To, że na chwilę zatopiła się w świecie marzeń, nie oznacza, że ten facet mógł zachowywać się niemiło w stosunku do niej.
- Jasne - odparł nie do końca przekonany. Nacisnął jakiś guzik i drzwi autobusu się otworzyły. Chyba dawał jej do zrozumienia, że powinna się zbierać. Eun Hye mocniej ścisnęła pasek od torebki, niepewna co ma zrobić.
- A kiedy będzie następny autobus do Seulu?
Mężczyzna podrapał się po głowie w zamyśleniu.
- Nie wiem? Za pół godziny? Może dwie?
Pół godziny? Może dwie? Czyli właściwie tego nie wiedział. A co jak będzie musiała czekać tu pół dnia? Kierowca spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
- Nie wysiadasz? Nie martw się, jeśli poczekasz, na pewno ktoś będzie tędy przejeżdżał.
No to ją pocieszył. Nie miała wyjścia, opuściła autobus, żegnając się z mężczyzną i życząc mu miłego dnia oraz bezpiecznej jazdy. Tylko tyle mogła zrobić. Jeszcze przez dłuższą chwilę patrzyła, jak jej ostatnia deska ratunku znika za horyzontem. Wyjęła z kieszeni telefon, by sprawdzić która godzina. Dochodziło południe, czyli miała sporo czasu zanim się zmierzchnie, ale raczej nie będzie musiała zostać tu tak długo, bo na pewno przyjedzie drugi autobus i zabierze ją prosto do Seulu. Taką miała nadzieję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz