Paranoja
Eun Hye odchyliła głowę do tyłu, pocierając kark, który zdążył już zdrętwięć od ciągłego siedzenia w jednym miejscu.
- A co jak nikt nie przyjedzie? - westchnęła bezradnie.
Zrobiła tak, jak polecił jej kierowca tamtego autobusu. Usiadła na wyblakłej ławce, zrobionej ze zwykłych desek, w dodatku powykrzywianych ze starości i wigloci, która imitowała przystanek - zastanawiała się skąd się tutaj wzięła, skoro w pobliżu nie było żadnych zabudowań ani tym bardziej ludzi - i czekała. Czekała. Pół godziny. Potem dwie i trzy. Znowu spojrzała na zegarek, ale pojazdu jak nie było, tak nie ma. Kilka razy chodziła w tę i z powrotem, zbytnio jednak nie oddalając się od ławki, wiedziała jak to się kończy, gdy dziewczyna idzie sama szukać pomocy w obcym miejscu, a potem ginie z rąk seryjnego mordercy. Wolała zostać tam, gdzie czuła się bezpiecznie. Skoro dojeżdżał tu jeden autobus, to musiał być też drugi. W końcu znalazła się na jakimś odludziu na obrzeżach Seulu. Bo to musiało być blisko Seulu, prawda? Niemożliwe, żeby... była na drugim końcu kraju?
Powoli zaczynała się jesień, więc pogoda była jeszcze znośna, gorzej jakby to się wydarzyło w zimie. Na samą myśl przeszły ją dreszcze. Głupi to ma zawsze szczęście, jak to mówią. W pewnym momencie dostrzegła sylwetkę w oddali, ale w pierwszej chwili pomyślała, że to halucynacja wywołana chęcią wydostania się z tego putskowia. Ale im postać się przybliżała, tym bardziej była przekonana, że wzrok ją nie mylił.
- Jestem uratowana! - pisnęła, nie wierząc własnemu szczęściu. Podbiegła do, jak się okazało, poczciwego staruszka z siwizną na głowie, ubranego w podarte spodnie i niechlujnie zapiętą koszulę. W tym stroju kojarzył jej się z biedakami pracującymi w polu, a w tym przekonaniu upewnił ją fakt, że nie miał butów. Jedna powieka mu się nie otwierała, więc musiał nic nie widzieć na to oko, ale to jej w ogóle nie przeszkadzało. Eun Hye była tak szczęśliwa, że prawie rzuciła mu się z wdzięczności na szyję, jednak ostrzegawcze spojrzenie staruszka utrzymało jej emocje w ryzach. - O mój Boże. Jak to dobrze, że Pana spotkałam. Już myślałam, że zostanę tu na wieczność. Nawet sobie Pan nie wyobraża, jak się bałam. Czekałam tu ponad trzy godziny, ale nikt nie przyjechał. Nie wie Pan o której będzie autobus do Seulu? - wyrzucała z siebie zdania niczym seria pocisków wystrzelona z karabinu maszynowego.
Mężczyzna popatrzył na nią jednym okiem, lustrując ją od stóp do głów, po czym roześmiał się na głos, a Eun Hye odniosła wrażenie, że wszyscy ludzie, jakich dzisiaj spotkała, zachowywali się conajmniej dziwnie.
- Autobus. - Śmiech staruszka stawał się coraz głośniejszy, co wcale jej nie cieszyło, wręcz przeciwnie. Powiedziała coś nie tak? Dlaczego on się śmiał? Co w tym śmiesznego?
- Tak, autobus - przyznała, przerywając mu rechot, od którego zabolały ją już uszy. - O której mniej więcej godzinie odjeżdża stąd do Seulu?
Ale starzec wciąż nie mógł się opanować.
- Powiedziała, autobus - wykrztusił, ocierając fałszywe łzy z kącika jednego oka, jakie mu pozostało. - Słyszałaś Mae Ri?
Co? Jaka Mae Ri? Wtedy Eun Hye zorientowała się, że mężczyzna trzymał w rękach - żeby nie powiedzieć - spaśnionego burego kota, czy raczej kotkę, sugerując się imieniem zwierzęcia. Dziwak. Kto nazywa kota Mae Ri? Chyba tylko tacy szaleńcy jak ten, na którego właśnie patrzyła.
- Powiedziała, że przyjechała tu autobusem.
Eun Hye zaczynała powoli tracić cierpliwość.
- Już to mówiłeś, dziadku - burknęła pod nosem, ale najwyraźniej mężczyzna miał dobry słuch, bo przestał się śmiać. Chociaż tyle, pomyślała.
- Czy ja ci wyglądam na dziadka? - zapytał z pretensją w głosie. Oparł jedną rękę na biodrze, drugą wciąż trzymając kota, jakby wyczekiwał potwierdzenia, że jeszcze nie wybiera się na tamten świat. Ale to byłoby kłamstwem, przecież Eun Hye nie była ślepa.
- No... tak - odpowiedziała mu zgodnie z prawdą.
Dziadek nabormuszył się niczym indyk, gdy się go zaczepia.
- Kiedy byłem w twoim wieku... - zaczął swoje wywody. - Pamiętam jakby to było wczoraj. - Raczej szcześćdziesiąt lat temu. - Byłem młody, ale nigdy się tak nie odzywałem do starszych. Moja Mae Ri też to pamięta. - Tak, z pewnością to jego dziesiąty kot o imieniu Mae Ri.
Starzec z czułością głaskał kotkę, która mruczała z zadowolenia. Eun Hye starała się go nie słuchać, udając, że przegląda telefon.
- Wtedy dzieciaki miały większy szacunek do starszych. Dzisiejsza młodzież w ogóle nie wie, co to szacunek. - Pokręcił głową z dezaprobatą. - Banda recydywistów i huliganów.
Po tych słowach Eun Hye cała się zagotowała. Zacisnęła zęby, by przypadkiem nie powiedzieć czegoś, co mogłoby go urazić. Oskarżył ją o brak szacunku! Jak mógł? To on był tu nieuprzejmy.
- Ależ dziadku, ja tylko grzecznie spytałam, o której będzie autobus do Seulu! - warknęła w końcu, specjalnie robiąc mu na złość. Co to miało być? Co on sobie wyobrażał? Żaden dziadek nie będzie się tak do niej zwracał.
- Nie jestem dziadkiem! - odgryzł się.
Och, czyli tak zamierzał teraz pogrywać? Oczywiście, wyparcie się problemu to najprostsze wyjście.
- To nie ma teraz znaczenia, dziadku!
- Nie nazywaj mnie dziadkiem!
Eun Hye wzięła się pod boki.
- Ale jesteś dziadkiem!
- Jeśli mówię, że nie jestem dziadkiem, to nie jestem!
- Dlaczego na mnie krzyczysz, dziadku? - spytała ze skruszoną miną.
- Nie krzyczę i nie jestem dziadkiem!
Ktoś musiał ustąpić, ktoś mądrzejrzy, i tą osobą okazała się Eun Hye. Miała dość tej dziecinnej kłótni. W ogóle, dlaczego sprzeczała się z tym starcem? Teraz na pewno mi nie pomoże, jęknęła w duchu.
- Dziadku... - zaczęła, ale widząc jego reakcję, poprawiła się: - Proszę pana...
Jednak mężczyzna wydawał się czymś obrażony, bo nawet na nią nie spojrzał, tylko zajął się swoją kotką, mówiąc do niej, Bóg wie co.
- Dziadku, do diabła! Wysłuchaj mnie! - Eun Hye wybuchła, zaskakując samą siebie, ale to nie było najdziwniejsze. Dziadek momentalnie się najężył, jakby naprawdę zaraz miał się tu pojawić diabeł wcielony. Rozglądał się dokoła, szukając... drogi ucieczki?, po czym puścił się pędem przed siebie, nawet nie interesując się tym, że zostawił biedną dziewczynę pośrodku... niczego. - Hej! Dziadku!
Eun Hye ruszyła za nim, po drodze chywając swoją torebkę, tak w razie pewności, gdyby później nie mogła odnaleźć tego miejsca. Podstawa to mieć wszystko pod ręką i niczego nie gubić, bo nie wiadomo, co się może przydać.
- Dziadku, poczekaj!
Nie posłuchał, więc biegła dalej, kiedy nagle skręcił, na pierwszy rzut oka, w pole pszenicy? Nie miała pojęcia co to było, ale gdy tam dotarła, ujrzała udeptaną ścieżkę. Nie zastanawiając się, przedzierała się przez łany zboża, próbując dogonić starca. Później dziadek zaczął się wspinać na niewielkie wzniesienie, by potem zejść w dół, a następnie znowu w górę, aż dotarli do granicy z lasem. Eun Hye przez chwilę się zawahała, oglądając się za siebie, czy aby jest w tym trochę sensu, ale nie chciała stracić go z oczu.
- Jak on może być taki szybki - myślała na głos. Wprawdze nie dzieliła ich duża odległość, ale jak na człowieka w podeszłym wieku miał całkiem niezłą kondycję, podczas gdy Eun Hye zdążyła już złapać lekką zadyszkę. A warto dodać, że staruszek był bez butów i miał dodatkowe obciążenie w postaci kota. - Hej, dziadku, stój!
Jak na zawołanie, zatrzymał się, jednak nie dlatego, że mu kazała. Gwałtownie odwrócił się w jej stronę, kiedy się z nim zrównała.
- Dziadku, dlaczego uciekałeś?
- Ciii - uciszył ją ruchem ręki. - Zaraz się tu zjawią. Zaraz tu będą. Przyjdą po nas... - zawiesił głos. Zwrócił ku niej swoje oko, wytrzeszcając je do granic możliwości. - Przyjdą po ciebie.
- Co ty mówisz, dziadku? - To wydawało jej się śmieszne. Kto miałby tu przyjść, na takie odludzie? - Dziadku, paliłeś coś wcześniej? - spytała przelękniona. A jak nawdychał się jakichś oparów, opium, albo jeszcze gorszych świństw?
- Nie, nie. - Nerwowo potrząsał głową. - Mnie już nie wezmą, jestem za stary dla nich.
- Dziadku, uspokój się - mówiła kojącym głosem, ale nie zwracał na nią uwagi. Nawet nie zareagował na to, że wciąż nazywała go dziadkiem! On naprawdę był szalony!
Staruszek mocniej przytulił kotkę do piersi, jakby i jej coś groziło.
- Nie bój się, Mae Ri. Nie dopadną nas - szepnął do niej, po czym pocałował ją w czubek łebka. To był dopiero niecodzienny widok! Eun Hye myślała, że zaraz parsknie śmiechem, ale dziadek ponownie rzucił się do ucieczki, kurczowo ściskając kota, jakby ten był najcenniejszym skarbem, którego będzie bronił na śmierć i życie. Cokolwiek to miało znaczyć.
- A co ze mną? - Nie mogła uwierzyć w to, że ten starzec mógłby ją tu tak po prostu zostawić, nie udzielając jakiejkolwiek pomocy. - Hej! Zaczekaj! - wołała za nim, ale tym razem dziadek pędził ile tchu w płucach, więc o dogonieniu go nie było mowy. - Hej! Dokąd biegniesz? Stój! Zatrzymaj się!
Jeśli wydawało jej się, że zmęczyła ją przeprawa przez zboże i wzgórza, to las był prawdziwym wyzwaniem. Już sam widok budził w niej nieokreślone lęki, a co mówiąc dopiero, kiedy się w nim znalazła. Wbrew pozorom okazał się ogromny, ciemny, a przede wszystkim straszny - drzewa rosły blisko siebie, utrudniając poruszanie się i musiała uważać, żeby na jakieś nie wpaść. Jednak najgorsza była cisza, nawet ptaki zamilkły, a przecież słyszała wcześniej ich śpiew. To wszystko było jakieś podejrzane, ale nie chciała teraz o tym myśleć. Dziadek wciąż uciekał, ani razu nie sprawdzając, czy ktoś go gonił, zupełnie jakby biegł na oślep. Ale Eun Hye cały czas deptała mu po piętach w nadziei, że doprowadzi ją do swojego domu, a może wioski, gdzie z pewnością ktoś jej pomoże. Tylko to dodawało jej sił, kiedy nogi odmawiały posłuszeństwa.
Czy ten las nigdy się nie kończył? W tej samej chwili, gdy o tym pomyślała, zahaczyła o wystający kamień, upadając na ziemię. Szybko jednak się podniosła, zadowolona, że nic sobie nie złamała, ale wtedy straciła równowagę i stoczyła się po zboczu na sam dół. To nie do uwierzenia, że wszystko sprzysięgło się przeciwko niej! Robiąc jeden krok naprzód, cofała się o kolejne dwa. Ale widocznie szczęście nie do końca ją opuściło, bo zobaczyła starca, jak przebierał nogami, coraz bardziej się oddalając.
- Niech ja cię dorwię w swoje ręce, dziadku - wysyczała przez zaciśnięte zęby. - Pożałujesz tego.
Wstała, otrzepała się z kurzu i trawy, która zaplątała się jej we włosy i po raz enty ruszyła za nim w pościg. Na nic się zdały jej dalsze wysiłki, bo w pewnym momencie dziadek jakby rozpłynął się w powietrzu. Stanęła jak wryta. Jak mogła go zgubić na otwartej przestrzeni? Nawet nie zauważyła, kiedy opuściła las i znalazła się na polanie, czy czymś w tym rodzaju. Gdzieniegdzie z ziemi wystawały kępki trawy - sięgające jej do pasa - które dawno nie widziały wody. Gdzie ten starzec mógł się schować?
- Aish! Przeklęty dziadek! - pomstowała go, szukając śladów jego obecności. Niemożliwe, żeby daleko uciekł, musiał gdzieś tu być. Pozostawało tylko pytanie, gdzie. Nie miała dużego wyboru, ale nie poddawała się, zamierzała sprawdzić każdy centymetr, każde najmniejsze ździebełko trawy. Przewróciła się parę razy, potykając się o nierówną glębę, to jednak jej nie powstrzymało. Ale po pięciu minutach, gdy nie widziała rezultatu i zorientowała się, jaką powierzchnię musiałby jeszcze przeszukać, zrezygnowała rozczarowana. Straciła go, straciła jedyną nadzieję na powrót do domu.
Usiadła na ziemi całkiem przybita, sprawdziła prowiant, czyli to, co kupiła w małym sklepiku na dworcu. Nie było tego za wiele - jakieś batony, kilka ciastek ryżowych i woda mineralna - bo nie spodziewała się, że takie coś się wydarzy. Zaplanowała, że pojeździ sobie jakiś czas autobusem, przymyśli to i owo, i wróci jak gdyby nigdy nic. Wszystko poszło nie tak. Była tak roztrzęsiona, że nawet nie potrafiła otworzyć głupiego batonika! W końcu jednak pożywiła się, zostawiając coś na potem, zawsze była przezorna jeśli chodziło o takie rzeczy. Albo naoglądała się za dużo dram. Jedno drugiego nie wyklucza. Wypiła jeszcze kilka łyków wody, zastanawiając się, jak mogła wpakować się w takie bagno.
Ku jej uciesze do zmroku zostało parę godzin, więc może jakoś uda jej się z tego wybrnąć. Modliła się, by w pobliżu był jakiś dom, cokolwiek, ktokolwiek, zbłąkany człowiek, który ulitowałby się nad nią. Nie miała ochoty spędzić tu nocy, a tym bardziej, jeśli były tu dzikie zwierzęta. Natychmiast poderwała się z miejsca.
- O nie, nie zostanę tu ani minuty dłużej.
Pomaszerowała w stronę, z której wydawało jej się, że przyszła, ale nie była pewna, tutaj wszystko wyglądało podobnie. Po jakimś czasie jej uwagę zwróciła nietypowa anomalia pogodowa. Słońce przysłoniły ciężkie, ołowiane chmury, sprawiając, że zrobiło się ciemno jak w nocy. Błyskawice rozświetlały niebo raz za razem. Normalnie Eun Hye powiedziałaby, że uwielbia taką pogodę - lekki wiaterek, ciepły, letni deszczyk, w tym przypadku jesienny, ale nie nawałnicę na jaką się zanosiło. Jeszcze nigdy nie widziała, by przestworza były tak niespokojne. Nagle uderzył w nią silny podmuch, który prawie ją przewrócił; czuła jak mroźne powietrze przenika ją na wskroś. Miała na sobie tylko bawełniany sweterek, ale nie był wystarczająco ciepły, by poczuła się lepiej. Objęła się rękami, jakby to miało pomóc, oczywiście bezskutecznie. Wiatr wciąż przybierał na sile, rozwiewając jej włosy, które zachodziły jej na twarz. Próbowała je jakoś odgarnąć, bo nawet nie mogła zobaczyć tego, co było metr przed nią, i wtedy... wszystko momentalnie ustało. Ale to nie był koniec. Cała polana wokół niej została oszroniona małymi drobinkami lodu.
- Co do... - Patrzyła jak trawa mieni się niczym tysiące diamtentów. - To normalne?
Uważnie rozejrzała się po okolicy, zdumiona tym zjawiskiem, bo nigdy nie widziała czegoś podobnego. Co to za miejsce, gdzie się znalazła? Czy to aby nie wymsył jej wyobraźni? Na wszelki wypadek uszczypnęła się, a gdy poczuła ból, wciąż nie mogła w to uwierzyć. Uderzyła się, całkiem mocno, w policzek, później drugi i dopiero po tym przekonała się, że to było prawdziwe.
- Paranoja jakaś... - bełkotała w amoku, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu telefonu, który jakimś cudem zaparował. Przetarła ekran rękawem. - O? - Czuła jak gula staje jej w gardle. - Nie ma zasięgu? Jeszcze przed chwilą był - jęknęła rozczarowana. - Co ja zrobię?
Nie miała czasu do namysłu, bo gdzieś zamajaczyło jej światło... Światło! Co prawda bardzo blade i bardzo odległe, ale nareszcie znalazła jakieś oznaki życia. Serce łopotało jej z radości, nogi same zerwały się do biegu, błagała, by to nie okazało się porażką, jak tamte spotkanie z dziadkiem. Kiedy dotarła na miejsce, poczuła ogromną ulgę, ponieważ tym razem jej się poszczęściło, pomijając fakt, że znajował się tu tylko wysoki, rozpadający się mur z drewnianą bramą, która wyglądała jak za czasów panowania jakiegoś cesarza - zapewne prowadziła do wioski - i bodajże dwie latarnie na krzyż. Gdyby nie one, Eun Hye pomyślałaby, że przeniosła się kilka stuleci w przeszłość, ale wtedy nie mieli elektyczności.
Przez chwilę po prostu stała i przyglądała się temu z podziwem, jakiego nawet nie okazywała, patrząc na najdroższe apartamenty w Seulu. Zrobiła jeden krok ku swojemu wybawieniu, ale prawie nie mogła oddychać z wrażenia, gdy obok niej zmatarializował się jakiś człowiek, a po sylwetce domyśliła się, że to chłopak. W pierwszym momencie była zaskoczona, ale chyba nie tak bardzo, bo nie krzyczała, jak to powinno się robić w takiej sytuacji. Euforia wywołana tym, że nie była tu sama, pokrzepiła ją trochę na duchu.
- Może to, co zaraz zrobię, okaże się lekkomyślne i głupie - odezwała się do niego, obawiając się, że uzna ją za kompletną wariatkę. - Ale, błagam! - Rzuciła się przed nim na kolana i składając ręce jak do modlitwy, była gotowa upokorzyć się przed tym nieznajomym. - Proszę, nie zostawiaj mnie!
Chłopaka najwyraźniej ruszyło to przedstawienie, bo kąciki ust lekko mu zadrgały. Eun Hye miała to gdzieś, mógł się śmiać, aż by go brzuch rozbolał, liczyło się tylko, by jej pomógł.
- Co ty robisz? - Podszedł do niej powoli i chwycił ją za ramię. - Wstań.
- Nie! - zareagowała najszybciej jak umiała. Złapała za nogawkę jego spodni i przyssała się do chłopaka jak pijawka. - Nie zamierzam cię puścić, póki mi nie przyrzekniesz!
- Nie będę przyrzekał w ciemno - usłyszała w odpowiedzi. Eun Hye uniosła głowę ku górzę, aby zobaczyć wyraz jego twarzy. Czyżby tak szybko go przekonała?
- Czyli co? Zgadzasz się? - Jej głos był przepełniony wdzięcznością.
Młodzieniec pochylił się nieco, puszczając jej perskie oko.
- Tego nie powiedziałem.
Teraz to już nic z tego nie rozumiała, ale dalej trzymała się swojego planu... i jego spodni.
- W takim razie nigdy się mnie nie pozbędziesz - oświadczyła z uporem. A niech się dzieje co chce! Choćby niebo się otworzyło, a w ziemi powstałaby wielka wyrwa! Nie mogła się teraz wycofać.
- Czy ja mówię, że to źle? - Uśmiechnął się chytrze. - Chociaż z drugiej strony, to trochę niewygodne, gdy coś chce zmiażdżyć mi nogę. - Spojrzał na nią znacząco.
Eun Hye ze wstydem uświadomiła sobie, że zbyt mocno go ściskała. Biedny chłopak! Nieświadomie sprawiła mu ból, czuła się winna z tego powodu.
- Och nie! Co teraz? - wykrzyknęła z przejęciem, sprawdzając czy nadal miał czucie w nodze, ale chyba wszystko było w porządku. Podniosła się szybko. - Możesz chodzić?
- Spokojnie, żartowałem. - Jednak te słowa jej nie uspokoiły. Chłopak, widocznie zmieszany jej zachowaniem, dodał już poważniej: - Nic mi nie jest. W porządku. Widzisz? - Poruszył nogą, by udowodnić jej, że nie kłamał. - Jest cała.
- Nie wybaczyłabym sobie, gdyby naprawdę coś ci się stało - bąknęła, spuszczając wzrok z zażenowania, potem znów spojrzała na niego, jakby nagle sobie o czymś przypomniała. - Przepraszam. - Skłoniła się w wyrazie skruchy. - Przyjmij moje przeprosiny.
Między nimi zaległa dłuższa cisza wyczekiwania, ale przynajmniej Eun Hye miała czas, by mu się dokładnie przyjrzeć. Był nawet wysoki, ale według niej mógłby trochę przybrać na wadze, a może to ciemne ubrania go wyszczuplały? Mniejsza o to, gdyby miała okazję dla niego gotować, z pewnością zaokrągiłby się w tydzień. To była kolejna umiejętność, którą opanowała do perfekcji. Uwielbiała jedzenie i nie była wybredna, jak na przykład Jung Min. Ta dziewczyna ubzdurała sobie, że jest za gruba i przeszła na jakąś radykalną i w dodatku bezsensowną dietę. Eun Hye nie pojmowała tego, jak można odmawiać sobie przyjemności kosztowania tych wszystkich przepysznych potraw. Co z tego, że są kaloryczne, ale jak to mówi pewne przysłowie: "Pięknego ciała nigdy za wiele".
- Przyjmuję. - Niski, gardłowy pomruk wyrwał ją z zamyślenia.
Eun Hye drgnęła na dźwięk jego głosu, wydawał się teraz bardziej skupiony i nie taki beztroski jak na początku. Co się zmieniło przez te kilka sekund? A jeśli... nie był taki na jakiego wyglądał? Teraz, gdy tak na nią patrzył w sposób w jaki nie powinien, zaczynała się go obawiać. Coś w jego oczach ją zaniepokoiło, ale nie mogła tego zidentyfikować. Nie, to po prostu złudzenie, muszę być zmęczona, stwierdziła. Chłopak był coraz bliżej, a ona nie mogła się ruszyć z oszołomienia, jednak postanowiła grać niezrażoną i wytrzymać jego świdrujące spojrzenie, gdy niepodziewanie przerwał to intensywne połączenie. Przeniósł wzrok na coś, co znajdowało się za nią, ale Eun Hye nie miała odwagi, by się odwrócić, więc skupiła się na czymś innym. Na jego jasnych, platynowych włosach, które sprytnie ukrywał pod czapką z daszkiem. Na twarzy, która z tej perspektywy wyglądała jak twarz dziecka. Eun Hye pomyślała, że ktoś o tak łagodnych rysach nie mógł być zły ani jej skrzywdzić i trochę się uspokoiła.
- Przyjmuję twoje przeprosiny - zakomunikował, wciąż wpatrzony w tamto miejsce. Później, jakby obudził się z transu i przypomniał sobie o jej obecności, bo chwycił ją za ramiona, uśmiechając się, jakby w ogóle nic się przed chwilą nie wydarzyło. - Ale ty też coś dla mnie zrobisz.
- Co takiego? - Przełknęła ślinę, spodziewając się... właściwie nie wiedziała, czego się spodziewać.
Jego milczenie wcale niczego nie ułatwiało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz